logo

Oddział Poznań

  • 1
  • 2
  • 3

Czołgi dla Ukrainy - artykuł Artura Adamskiego

piątek, 19 czerwiec 2026 16:24

Wszyscy wciąż porażeni jesteśmy z roku na rok niewdzięcznością, jaka spotyka nas ze strony Ukrainy. Tej Ukrainy, której udzieliliśmy pomocy wielokrotnie większej, niż nas było na nią stać i której uchodźców otoczyliśmy opieką o skali nieznanej w żadnym innym kraju świata.
Trzy miesiące przed wybuchem wojny na Ukrainie, w grudniu 2021 USA przesłały partnerom w ramach NATO informację o przygotowywanej inwazji Rosji na ten kraj.

Wywiad USA doszedł do przekonania o nadchodzącej inwazji z trzech symptomów które miały miejsce w pierwszym etapie wojny w 2014 roku tj.:
- gromadzenie tysięcy żołnierzy przy granicy pod pozorem ćwiczeń
- gromadzenie znacznych środków finansowych
- wojna hybrydowa, głównie z Polską. Mieliśmy być zajęci milionem migrantów z Afryki, Azji i Bliskiego Wschodu a wówczas o Ukrainę nikt by nie zabiegał...

Natychmiastową odpowiedzią Polskiego Premiera Mateusza Morawieckiego był wyjazd do wszystkich stolic Europejskich aby zbudować sojusz poparcia dla naszego sąsiada. Z oczywistych względów Polską Racją Stanu było istnienie suwerennej Ukrainy za naszą wschodnią granicą zamiast rosyjskiego imperium zła. Dla historyków oraz dla nauki historii w szkołach można podać przykładowe reakcje europejskich stolic. Niemcy i Francja ustami swoich przywódców odmówiły udziału na zasadzie „zobaczymy co będzie”. Elity krajów Bałtyckich były natomiast przerażone. Agresja na tak duży kraj jak Ukraina i jego wchłonięcie przez Federację Rosyjską oznaczały dla nich napaść w kolejnym roku, eksterminację elit i wynarodowienie ich krajów. 
Od grudnia 2021 roku Polska pomagała Ukrainie w dostawach sprzętu co było wynikiem perspektywicznego myślenia ówczesnych władz polskiego Państwa. Od 22 lutego 2022 roku tj. od momentu pełnoskalowej inwazji dostawy te uległy intensyfikacji i ukierunkowaniu. 
Generalnie podzielając pogląd, że nasza pomoc była i nadal jest duża i nazbyt bezwarunkowa proponuję jednak spojrzenie nieco bardziej chłodne oraz wyjaśnienie paru faktów. Pierwszy jest taki, że w momencie wybuchu pełnoskalowej wojny mało kto na świecie przypuszczał, iż Ukraina zdoła się obronić. Jedynymi, którzy nie położyli wówczas na Ukrainie przysłowiowego „krzyżyka” były Stany Zjednoczone, dostarczające przede wszystkim bezcennych informacji wywiadowczych oraz lekkiej nowoczesnej broi przeciwlotniczej i przeciwpancernej oraz – Polska. Krótko potem dostawy broni, samolotami lądującymi na polskich lotniskach, zaoferowała Wielka Brytania. Ciekawa rzecz, że mało kto dziś na Ukrainie pamięta, jak zareagowały wtedy na to Niemcy. Otóż – stanowczo zakazały przelotu nad swoim terytorium brytyjskim samolotom transportowym z bronią i amunicją dla Ukrainy. Do naszych lotnisk leciały więc one trasą wydłużoną, zakręcając nad Bałtykiem, by nie znaleźć się w niemieckiej przestrzeni powietrznej. Pomimo tego dziś Ukraińcy w wielu miejscach ustawiają ogromne bannery nie ze słowem „Dziękuję”, ale z napisem „Danke!” Jeden miał rozmiary tak olbrzymie, że zasłonił sporą część krakowskich Sukiennic (tak to rozkosznie Ukraińcy dziękują Niemcom a nie Polsce - w polskich miastach!). Prędzej czy później to upośledzenie ukraińskiej pamięci będzie Ukrainę drogo kosztowało, ale to już jej wybór, jej problem i nie o tym chcę przypominać. Chciałbym natomiast przywołać wydarzenia z lutego i marca 2022 i alternatywę, przed którą wtedy Polska stanęła. Dla prawie wszystkich komentatorów, ekspertów, analityków i polityków – żadnej alternatywy zresztą wtedy nie było. Gremialnie niemal wszyscy uznali, że niepodległa Ukraina przestanie istnieć w ciągu góra kilkunastu dni. I że po tych kilkunastu dniach Polska nie będzie już graniczyła z Ukrainą, ale de facto – z Rosją. Co oznaczało, że wzdłuż całej wschodniej i niemal całej lądowej północnej granicy będziemy mieli Rosję i jej armię. Zniknie bowiem wtedy resztka podmiotowości Białorusi a wyjątkiem pozostanie najkrótszy, bo ledwie stuczterokilometrowy odcineczek granicy, jaki mamy z Litwą. Jaka byłaby jednak wówczas sytuacja Litwy? W najlepszym razie – bardzo niewesoła.
Tym, co w pierwszych tygodniach wojny cały świat wprawiło w bezbrzeżne osłupienie, była postawa Polski. Setki tysięcy ukraińskich rodzin przyjmowane przez Polaków do ich własnych domów było czymś, czego świat nigdy nie widział. A premier Mateusz Morawiecki podjął wówczas decyzję o natychmiastowym wysłaniu Ukraińcom strategicznie możliwych zapasów tej broni i amunicji, które obrońcom tego kraju były najpotrzebniejsze. Równocześnie do tego samego wezwał rządy wszystkich ludzi dobrej woli i poleciał do Berlina. Bez jakiegokolwiek niemieckiego zaproszenia, stąd pierwsze jego wystąpienie przed wszystkimi liczącymi się telewizjami świata transmitowane było wprost z berlińskiej ulicy. To, jak premier Mateusz Morawiecki w mocnych słowach beszta rząd Republiki Federalnej Niemiec, z bezbrzeżnym zdumieniem oglądało ponad miliard telewidzów z całego świata. Czegoś takiego w relacjach kogokolwiek z Niemcami nie było od czasów II wojny światowej. I przyniosło efekt piorunujący – w ciągu paru dni z dziesiątek krajów zaczęła na Ukrainę płynąć bardzo duża pomoc.
Pierwsza z tą pomocą pospieszyła jednak Polska. Na Ukrainę jechały pociągi z amunicją i bezlikiem tej broni, jaką ukraińscy żołnierze znali doskonale i którą, w przeciwieństwie do brytyjskiej czy francuskiej, używać mogli natychmiast. Jest bardzo wysoce prawdopodobne, że gdyby nie tak szybka i tak znacząca polska pomoc oraz polskie (i tylko – polskie!) zmobilizowanie do tego samego innych krajów – Ukraina zostałaby wtedy pokonana. Mało kto dziś to docenia, ze strony samej Ukrainy spotykamy się z niechęcią lub wrogością (zauważajmy jednak, że ze strony dalece nie wszystkich Ukraińców), ale fakt pozostaje faktem. A jest nim to, że naszą pomocą Ukrainę uratowaliśmy. Wyjaśnijmy też jednak parę nieścisłości związanych z pomocą, której wówczas udzieliliśmy.
Jeśli więc chodzi o broń najnowszą, najnowocześniejszą i własnej konstrukcji – każdy ich producent stara się taką wypróbować na prawdziwej wojnie. My zrobiliśmy to z karabinkiem MSBS Grot. Przypomnijmy, że kolosalny aparat niemieckiej polskojęzycznej propagandy (koncerny o rodowodzie hitlerowskim posiadające w Polsce wielką część prasy, największe portale internetowe, dużą część telewizji itd.) prowadziły potworną kampanię zohydzającą tę właśnie polską broń. Cel był jeden – zamknięcie polskich fabryk i wyposażenie polskiej armii w broń niemiecką. Wysyłka Grotów na Ukrainę okazała się być jednak wprost niesłychaną promocją polskiej broni. Przed kamerami z całego świata ukraińscy żołnierze stwierdzali jednogłośnie, że nie ma karabinka lepszego od polskiego Grota. I że nie godzi się go w jakikolwiek sposób porównywać nawet z najnowszym „szwabskim szmelcem” (to, co Niemcy nam wciskali dążąc do wykończenia naszego przemysłu zbrojeniowego potrafiło się zapalić w rękach oddającego dłuższą serię!). Jeszcze większą sensacją okazały się polskie ręczne wyrzutnie rakiet przeciwlotniczych Piorun. Cały świat oglądał film z ich pierwszego użycia. Zastosowane bowiem zostały w czasie rosyjskiej próby przerzucenia śmigłowcami przez front desantu komandosów. Rosyjscy piloci, wiedząc że amerykańskie Stringi nie są zdolne do zestrzelenia czegokolwiek lecącego na pułapie poniżej 50 metrów – leciały na wysokości około 40. Ale Ukraińcy nie mieli tam amerykańskich Stringów, lecz polskie Pioruny. Skutkiem czego wszystkie rosyjskie śmigłowce desantowe, jeden po drugim, zamieniały się w kule ognia i spadały na ziemię. Pioruny – natychmiast zyskały opinię najlepszej broni tego typu na całym świecie. Podobnie zrecenzowane zostały haubice samobieżne Krab, które już jednak nie zostały Ukrainie podarowane, lecz – sprzedane.
To prawda, że w latach 2022 – 23 duża część polskich magazynów z zapasami broni została „przewietrzona”. Nie jest natomiast ścisłą informacja, że była to w dużej mierze broń pełnowartościowa. Pozbyliśmy się np. zapasów granatników przeciwpancernych Komar. Wyglądały one bardzo świeżo, gdyż przechowywane były w workach próżniowych. Pochodziły jednak z lat 80tych XX wieku tj. z ostatnich lat PRL – u i od dawna uznawane były za nienadające się do zwalczania współczesnych pojazdów opancerzonych. Po prostu – w ostatnich dziesięcioleciach upowszechniły się pancerze, jakich pocisk Komara przebić nie był w stanie. Dodajmy, że ta sprytna broń polskiego autorstwa jest prosta, tania, nie ma żadnej elektroniki, jakichkolwiek optycznych celowników i niczego z tej kategorii. Daliśmy ją Ukraińcom z zaleceniem, by na czołgi z tym raczej nie iść, bo „Komary im nie dadzą rady”, ale może się przydadzą do uderzeń np. w samochody ciężarowe. Jak się jednak okazało – najwięksi z ukraińskich ryzykantów potrafili z Komarów zrobić dobry użytek. Metoda była jednak igraniem ze śmiercią, bo wymagała zbliżenia się na odległość kilkunastu metrów i to nie w pojedynkę, ale w dwóch lub trzech i wystrzelenia z paru Komarów równocześnie w tylną, czyli najsłabszą część czołgu. Komary się więc przydały, ale czy do czegokolwiek nadawałyby się za kilka lat? Raczej – wątpliwe.
Najczęściej wymieniając pomoc udzieloną Ukrainie wskazuje się na 325 (wg innych źródeł – 345) czołgów T – 72 oraz kilkaset różnego rodzaju pojazdów opancerzonych (transporterów, bojowych wozów piechoty, samochodów rozpoznawczych itp.). Prawdą jest, że ich dostawa przydała się Ukraińcom wręcz – przeogromnie. Wszystkie były w dobrym stanie technicznym i wszystkie stanowiły broń Ukraińcom doskonale znaną, możliwą do natychmiastowego wysłania na front. Wyjaśnijmy sobie jednak, jaka była jej historia. Kiedy w roku 2017 premierem został Mateusz Morawiecki jednym z bezliku problemów, przed którymi stanął było uruchomienie właściwej produkcji w zakładach Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Potrzebny był armii nowy czołg a nie było ani żadnego gotowego projektu ani możliwości szybkiego nabycia właściwej licencji. Było za to parę tysięcy czterdziestoletnich czołgów T-72 – dość przestarzałych i których nie bardzo było czym zamienić. Mateusz Morawiecki podjął wtedy nie tylko decyzję najsłuszniejszą z możliwych, ale też która po paru latach okazała się tym bardziej – znakomita. Decyzja ta była taka, że ze wszystkich posiadanych przez polskie wojsko T-72 wybrać należy 800 – 1000 sztuk tych w najlepszym stanie i tę właśnie partię najlepszych – gruntownie wyremontować, zmodernizować, doposażyć w zakładach takich, jak Bumar Łabędy. Celem było użytkowanie tych przynajmniej ośmiuset a nie więcej niż tysiąca czołgów przez (ten termin jest bardzo ważny!) dziesięć lat. A w ciągu tych dziesięciu lat Polska miała przygotować (sama lub we współpracy z sojusznikami) nowy model czołgu, linie wytwórcze i – uruchomić produkcję czołgu najbardziej właściwego. Pierwsza część tego planu została zrealizowana – z Bumaru wyjechało prawie tysiąc T – 72 z nowymi silnikami, gąsienicami, łożyskami, przeróżnymi nowymi systemami itd. Druga część planu została przerwana w roku 2023, zaraz po przejęciu władzy przez Donalda Tuska. W roku 2022 mieliśmy jednak tysiąc czołgów, o których było wiadomo, że służyć nam jeszcze będą mogły nie dłużej, niż przez pięć – sześć lat. I jedną trzecią z tych czołgów – podarowaliśmy wtedy Ukrainie. Z innymi pojazdami opancerzonymi – historia wyglądała dość podobnie. Broń ta od razu walczyła z rosyjską agresją. Rolę odegrała – ogromną, być może – przesądzającą. Dokładnie ten sam model czołgu stanowił wyposażenie armii sowieckiej i stąd dziś wiemy najostateczniej, że T- 72 nie może dłużej być czołgiem polskiej armii!! Dlaczego? Przypomnijmy sobie te krótkie ujęcia filmowe, przedstawiające uderzenia małych rakiet trafiających w T-72. Zawsze wyglądały one tak samo. Niektórzy na ten widok mówili, że „czołg zamienia się w zimne ognie”. Z odległości kilku kilometrów tak to rzeczywiście wyglądało. Najpierw wystrzeliwała w górę wieża czołgu, która potem spadała nawet kilkaset metrów dalej. A z czołgu sypać się zaczynały „iskry”. Otóż – nie były to żadne „iskry”. To były eksplozje amunicji umieszczonej w arsenale karuzelowym. Kiedy ogląda się to za pośrednictwem kamery satelitarnej rzeczywiście – lecą jakby „iskry”. Ale każda taka „iskra” to tak naprawdę eksplozja wielkiego naboju o kalibrze 100 mm. A takich czołg ten mieści – 88. Eksplozja tylko jednego - całą załogę zamienia w marmoladę. Kolejne – ciała zabitych zamieniają w plamy na wypalonej blasze, w którą zamienia się cały czołg. Wniosek? Te czołgi nadawały się do przełamywania linii Tretnera wg planu gen. Ogarkowa z 1980 roku. Planu zakładającego, że i tak nikt z czołgistów szans przeżycia nie ma żadnych. A używanie tych czołgów na współczesnym polu walki - jest mordowaniem własnych żołnierzy. W tych, które w roku 2022 podarowaliśmy, niestety na pewno zginęły setki młodych Ukraińców. Kiedy już to wiemy to oczywistością jest, że naszych żołnierzy kategorycznie nie wolno już wyposażać w tę broń. A bardziej zmodernizować – już się tej broni nie da. Nasza armia potrzebuje czołgów całkowicie innych. I dobrze się stało, że tak dużej części T-72 się pozbyliśmy. Bardzo pomogły Ukraińcom obronić swą niepodległość, ale też bardzo wielu w nich zginęło.
A jak dziś odpowiadać na niewdzięczność ukraińskich polityków? Ogromnie jest ona dla nas bolesna, ale pamiętajmy o dwóch przynajmniej kwestiach. Mimo, że chciałoby się Ukraińców „potępić w czambuł” (czyli wszystkich, co do jednego) to jednak zachowajmy zimną krew i zachowujmy się – mądrze. Zełenski oczywiście okazał się być niegodną podania ręki osobą. Odebranie mu Orderu Orła Białego – to oczywistość. Podobnie, jak skończenie z wieloma formami pomocy dla Ukrainy. Nie wszyscy jednak Ukraińcy – są naszymi wrogami. W kręgach wojskowych jest różnie, ale bardzo wielu w nich jest takich, którzy dobrze pamiętają to, co dla nich zrobiliśmy. I całkiem sporo z nich żywi pod adresem Polski i Polaków uczucia wdzięczności i przyjaźni. Nie wylewajmy więc „dziecka z kąpielą”. Z wszelkimi sentymentami skończmy, ale postępujmy roztropnie. O przyjaźni z Ukrainą trudno dzisiaj mówić, ale relacje transakcyjne – mogą być dla nas korzystne. Ludzi niegodnych i tak nikczemnych, jak obecny mer Lwowa na Ukrainie nie brakuje, ale – nie wszyscy są tam aż takimi podlecami. W objęcia się sobie nie rzucamy, ale twardo pilnując swojego interesu to czy tamto starajmy się uzyskać.
Jest oczywiście jeszcze taka kwestia: czy dywizje „imienia bohaterów UPA” za naszą wschodnią granicą to coś lepszego od rosyjskich dywizji np. „imienia Suworowa” (rzeźnika niewiele lepszego od rezunów z UPA)? Zapewne z Ukrainą będziemy mieli jeszcze mnóstwo zatargów a może i sama ona będzie dla nas wkrótce problemem. Mimo wszystko przypuszczam jednak, że mniejszym od wielkiej i triumfującej Rosji.


Artur Adamski